Kategorie
Uncategorized

Rozniecam iskrę

O przechodzeniu z kultury nauczania do kultury uczenia się, w rozmowie z Piotrem Świątkowskim, opowiada mgr Małgorzata Nawrocka.

Jakimi uczniami są nauczyciele? 

Zaczyna pan od bardzo trudnego pytania. (śmiech) Wymagającymi – wyzwalają energię, prowokują do działania, zadają dużo pytań, podważają teorie. 

Nauczyciel ma zawsze rację, a jeśli nie ma racji, patrz punkt pierwszy. 

Tak było kiedyś, w systemie pruskim, gdy dominowała kultura nauczania. Nie ma nic złego w przyznawaniu się do niewiedzy. W kulturze uczenia się, o której mówię od lat i w której pracuję z moimi uczniami w szkole podstawowej, błąd nie jest porażką, ale oznaką, że szukamy odpowiedzi. Jest początkiem… Jeśli nauczyciel zakłada, że może nie wiedzieć, uczeń zupełnie inaczej spojrzy na własną niewiedzę. Wie, że ma prawo do błędu. A to niweluje stres…

Namawia pani do mentalnego zejścia nauczycieli z XIX-wiecznej katedry?

Kiedy wykładamy z katedry, wierzymy we własną nieomylność. Skupiamy uwagę na sobie. Kiedy z niej zejdziemy, pozwalamy uczniom wyzwolić własną energię. Robi się ciekawiej.

Nauczycielowi opłaca się „zejść z katedry”? 

Zdejmuje z pleców ciężar władzy i wiedzy. Nawet pan nie wie, jakie pomysły na lekcji języka polskiego pojawiają się w głowach uczniów. Warunek – stworzyć przestrzeń do działania!

Nie ma sprawdzianu, nie ma kartkówki, nie ma pracy klasowej i domowej? 

Gdybym miała przygotować typowy test ze znajomości lektury, umarłabym z nudów. Pewnie sama nie pamiętam, co komu powiedział Wojski albo jak ubrana była Telimena. Chętnie wykorzystuję grę. Uczniowie przygotowują np. karty z pytaniami z lektury. Tworzą twierdzenia – prawda, fałsz. Rozgrywają między sobą zespołowe mecze lekturowe. Nie są sprawdzani przez nauczyciela, ale rywalizują ze sobą w naturalnym środowisku zabawy. Oni sami szukają odpowiedzi, sami też decydują, czy to jest dobra odpowiedź. Wyłączam napięcie, które towarzyszy pracy klasowej, a moje założenia dydaktyczne zostają zrealizowane. 

Trzeba jeszcze nauczyć dzieci, że kózkę piszemy przez “ó”, bo wymienia się na koza, podobnie jak krówkę, która wymienia się na krowa. Mamy się bawić z naszymi uczniami w krówki i kózki? 

Pamiętam, że kiedy zaczynałam uczyć, trzy błędy ortograficzne dyskwalifikowały pracę pisemną. Dziś traci się dwa punkty z dwudziestu, które są w zasięgu ucznia. To dowód na to, że szkoła się zmienia… Mimo iż ciągle za wolno i jest jeszcze sporo do zrobienia, to ważne, byśmy pamiętali, jak wiele zależy od nas samych.

Profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu Jan Fazlagić mówi, że szkoła powinna podążać za potrzebami zmieniającego się świata. Automatyzacja i rozwój sztucznej inteligencji będą miały bezpośredni wpływ na ewoluujący rynek pracy. Toteż warto myśleć w szkole o kompetencjach przyszłości, wśród których Fazlagić na pierwszym miejscu stawia kreatywność. Zaraz obok są krytyczne myślenie, współpraca i komunikacja. Pozostałe umiejętności, jak na przykład pisanie zgodnie z zasadami ortografii, moim zdaniem, będą drugorzędne.  Tym bardziej, że dostępność narzędzi cyfrowych jest na wyciągnięcie ręki.

Pewnie dla części rodziców odejście od kultury nauczania i przejście w rzeczywistość kultury uczenia się może być trudne do przyjęcia. Wychowaliśmy się w systemie pruskim, w którym istnieje nie tylko katedra, ale wiele innych metod opresji.

Szczerze mówiąc nie zetknęłam się z takimi rodzicami. Gdyby taki rodzic jednak się znalazł, zachęciłabym go do rozmowy, udziału w specjalnych warsztatach dla rodziców (teraz online) czy nawet do udziału w lekcji otwartej.  Zrozumiałby, że praca warsztatowa w parze lub grupie, gdzie nauczyciel nie jest w centrum, a jedynie stymuluje dzieci do współpracy i twórczego działania, jest o wiele bardziej efektywna. Uczniowie sami decydują, które zadania robią, jak i w jakim tempie je realizują. Świetnie się tu sprawdza model lekcji rotacyjnej, który stosuję z powodzeniem od ponad 8 lat. W ramach takiego sposobu pracy dzieci rzeczywiście przejmują odpowiedzialność za swoje uczenie się, mimo że nie ma w nim ocen cyfrowych. Mają poczucie sprawstwa, kiedy same wybierają poziom trudności zadania, formę realizacji, prezentacji. Wtedy faktycznie możemy mówić o indywidualizacji, która przynosi dużo lepsze efekty. Tym bardziej, że dzieci lubią wyzwania i często wybierają zadania trudne :). Oceny – coś, co kojarzy nam się z systemem szkolnym – robią więcej złego niż dobrego. Czy my sami, dorośli, chcemy być oceniani cyfrowo, czy lepiej  czujemy się, uzyskując konstruktywną informację zwrotną? Oceniając ucznia, zawsze zaczynam od zauważenia dobrego, od postępu, jaki zrobił, a dopiero później wskazuję to, nad czym i jak warto popracować. Nie stawiam jedynek – ani mnie, ani uczniowi nie są one potrzebne. Podam przykład. Uczeń pisze dyktando i popełnia 20 błędów ortograficznych. Otrzymuje ocenę niedostateczną. Dwa tygodnie później to samo dziecko robi już 10 błędów. I znów otrzymuje ocenę niedostateczną. W systemie oceny kształtującej taki uczeń dostanie klarowną informację, w której nauczyciel pogratuluje mu niesamowitego postępu w pisaniu – doceni jego pracę; dziecko dowie się, co zrobiło dobrze, nad czym i w jaki sposób ma pracować. 

Siedź prosto, odrabiaj lekcję, nie zadawaj pytań, później się tym zajmiesz, skup się, nie jedz na lekcji i się nie spóźniaj. Nieustannie pacyfikujemy ciekawość dzieci. 

Trudno odejść od schematów, ale kiedy widzimy, że zmiana się opłaca, odrzucamy przyzwyczajenia. Opłaca się dla obu stron. Nie wyobrażam sobie tkwić przez lata w tym samym schemacie pracy. Opłaca się uczniom, bo emocje sprawiają, że łatwiej zapamiętujemy. Oczywiście rozumiem, że łatwiej nam się żyje w świecie uporządkowanym, przewidywalnym. Jednak to wyzwania uwalniają pozytywną energię, budują twórczą odwagę. Tylko musimy stworzyć ku temu odpowiednie warunki. Nie wystarczy narzekać, że dzisiejsza młodzież jest mało kreatywna.

Warto najpierw się na nią otworzyć. Dać jej wolność wyboru i działania, prawo zadawania pytań, często niewygodnych. Zgodnie z konstruktywistycznym podejściem prof. Lwa Wygotskiego największy rozwój dziecka występuje wtedy, gdy ono czegoś nie umie. Wtedy niezwykle istotna jest Strefa Najbliższego Rozwoju, którą tworzy najbliższe środowisko dziecka – rodzice, nauczyciele. Od naszej postawy zależy jego rozwój. Pozwólmy mu więc na samodzielność – obserwację, badanie, eksperymentowanie i odkrywanie. Pozwólmy na potknięcia. Jeśli tego nie robimy, nie oczekujmy rozwoju w tych obszarach.

Paradoksalnie pandemia zmusiła nauczycieli do porzucenia schematów. 

Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Jedni byli do tego bardziej przygotowani, inni mniej. Szukaliśmy rozwiązań, szkoleń. Rozmawialiśmy ze sobą. Tworzyliśmy kulturę pracy zdalnej. Uczyliśmy się od siebie i od swoich uczniów, szczególnie w zakresie narzędzi TIK. Wsłuchujmy się uważnie w informację zwrotną – co działa, a co nie. Po pierwszym okresie zachłyśnięcia się coraz nowszymi aplikacjami czy możliwościami platform, okazało się, że wystarczy stosowanie kilku dobrych narzędzi. Kreatywność nie oznacza udziwniania, komplikowania życia, szukania trudnych rozwiązań. Kreatywność to prostota, przejrzystość i efektywność. To też droga do budowania poczucia własnej wartości, bo jeśli ktoś wierzy, że dzieci nie tylko dadzą radę, ale że potrafią nas zaskoczyć, to one rzeczywiście zaskakują. My tylko rozniecamy iskrę.

System jest masowy. W trzydziestoosobowej klasie trzeba realizować program, bo efekty nauczania zweryfikuje egzamin zewnętrzny. Nie ma miejsca na kulturę uczenia się.

Powtórzę za Kenem Robinsonem –  dla moich uczniów to ja jestem systemem. Dla nauczycieli systemem jest dyrektor, więc nie szukajmy ciągłych usprawiedliwień. Zacznijmy od dzisiaj zmieniać to, na co mamy bezpośredni wpływ. Kawałek po kawałku zmieniajmy naszą szkolną rzeczywistość.

System rozdziela etaty, godziny i przydziela klasy. Wolałbym, żeby wychowawczynią mojego syna była pani Zofia, a nie pani Krystyna. 

Mówił pan to w szkole syna? Rozmawiał pan z dyrektorem? Był pan na zebraniu rady rodziców? Czy dyrekcja szkoły wie, że państwo – jako rodzice – jesteście zadowoleni z pracy pani Zofii? Czy jest pan gotowy zaufać dyrektorowi? Żaden dyrektor w stu procentach nie spełni życzeń rodziców, ale jeśli nie będzie wymiany poglądów, opinii, informacji zwrotnej, obie strony okopią się na swoich pozycjach – nie ruszymy do przodu. W szkole, w której pracuję, regularnie spotykamy się z rodzicami. Odpowiadamy na każde pytanie. Wsłuchujemy się w uwagi i propozycje. Wspólnie szukamy rozwiązań. Nie ma tematów tabu.

Chce pani powiedzieć, że taka szkoła, jakie społeczeństwo?  

Trochę tak jest. Myślę, że potrzeba nam więcej optymizmu. Nie znam nauczyciela, któremu nie zależy na uczniach. Wielu z nas bardzo się angażuje, oczywiście na miarę swoich możliwości, co potwierdził ewidentnie czas pandemii – czas solidarności nauczycielskiej, która powstała z potrzeby chwili i właśnie poczucia odpowiedzialności, za tych, którzy nam zaufali. Bezinteresowna wymiana dobrych praktyk, materiałów i nielimitowany czas pracy, który szczególnie w pierwszych tygodniach pandemii trwał kilkanaście godzin na dobę. Oczywiście nie jesteśmy robotami – nikt nie pracuje cały czas na 100%, ale każdemu z nas bardzo zależy na dzieciakach. Często mówimy o uczniach – nasze dzieci. 

Nie bierzemy odpowiedzialność za siebie i innych. 

Niestety, część z nas ma z tym duży problem, który wyostrzył się w czasie pandemii. Wzmacniajmy więc w dzieciach odpowiedzialność, uczmy życzliwości, wspierajmy najsłabszych. Do tych kompetencji przyszłości, o których mówiłam, warto dodać ponadczasowe wartości. Uczmy (się) komunikacji i współpracy opartych na szacunku; rozwijajmy krytyczne myślenie – źródło innowacyjności i kreatywności. Badania pokazują, że 98% dzieci wieku od 3 do 5 lat posiada geniusz kreatywności. 5 lat później już tylko 30%. Ilu z nas, dorosłych, zachowuje pełną zdolność kreatywnego myślenia?

10%? 

2%. Proszę pamiętać, że kreatywność nie jest cechą dychotomiczną (zero – jedynkową). Każdy z nas jest nią obdarzony tylko w różnym nasileniu. Jednak niećwiczona zanika. Z kreatywnością jest jak z bieganiem. Jeden biega szybciej, drugi wolniej, ale wszyscy biegamy. I tu sprawdza się powiedzenie – trening czyni mistrza.

Moi koledzy z klasy, którzy mieli w liceum piątki i szóstki, wcale “nie wylądowali” lepiej niż “trójkowi”. 

Dawna szkoła w dużym stopniu nastawiona na edukację transmisyjną uczyła bierności, a nie kreatywności. Jeden z moich znajomych mówi, że prowadząc rekrutację w swojej firmie odrzuca CV “wzorowych uczniów”. Prawdopodobnie uważa tak jak pan, że pilny uczeń nie podważy utartych rozwiązań, nie zdecyduje się na niezależne myślenie i nie wpadnie w geniuszu kreatywności na pomysł, który np. zmniejszy koszty funkcjonowania firmy albo wprowadzi na rynek nowy produkt. Jednocześnie chcę wyraźnie podkreślić, że sam potencjał nie wystarczy. Oprócz błyskotliwego pomysłu potrzebna jest wytrwałość w dążeniu do celu i praca.

Uczeń kreatywny potrafi być trudny. Nie dowierza w to, co zastał, a więc przeszkadza w realizowaniu programu. 

Zadaje dużo pytań i kombinuje, jak ominąć to, co go nie interesuje. Oczywiście. Ale jeśli będzie funkcjonował w środowisku edukacyjnym, w którym nie jest biernym odbiorcą, zarazi kreatywnością swoich kolegów. 

Zrobi za nich zadanie, a później cała grupa dostanie piątki? 

W mojej klasie nie, ponieważ wiem, jak to działa. Przede wszystkim wychodzę z założenia, że nie ma ludzi niekreatywnych. Im częściej moi uczniowie pracują metodą rotacji, projektu lub gry, tym bardziej gimnastykują kreatywność. Stawiają sobie cele, negocjują, szukają rozwiązań, eksperymentują, modyfikują. Sami prowadzą lekcje. Uczą się samooceny i przyjmowania oceny koleżeńskiej. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc mają większą odwagę twórczą. A to sprawia, że moja praca ma sens. I naprawdę nie oceny są tu najważniejsze.

W czasie pandemii zrozumieliśmy, jak ważnym miejscem kształtowania relacji społecznych jest szkoła. Jak bardzo brakuje jej naszym dzieciom.

Na pewno szkoła nie będzie już taka, jak rok, czy dwa lata temu. Być może po powrocie we wrześniu na nowo będziemy się uczyć siebie. Usiądziemy w kręgu i porozmawiamy o emocjach. Zorganizujemy lekcje piknikowe, zielone szkoły (o ile już będą możliwe). Porozmawiamy, co nam przyniósł ten czas – dobrego, złego. A od października zabierzemy się za pracę metodami projektu, rotacji, rutyn krytycznego myślenia. Dzieciaki będą z sobą współpracować, negocjować, zmieniać się rolami, wchodzić w relację, odkrywać wolność działania. Jeśli zastąpimy kulturę nauczania, kulturą uczenia się, nasi uczniowie przestaną się nudzić, a my – nauczyciele – frustrować, że brakuje nam spolegliwego słuchacza.

Kultura uczenia się nie jest kolejnym projektem bezstresowego wychowania?

Nie mówmy uczniom „super” tylko dlatego, że jest „super”. Powiedzmy o postępach i o tym, nad czym trzeba popracować. I pamiętajmy, że droga jest ważniejsza od efektu. Nie zgubmy w tej drodze niczego, co naprawdę w życiu ważne.

mgr Małgorzata Nawrocka – polonistka, wicedyrektorka Piątkowskiej Szkoły Społecznej im. dr Wandy Błeńskiej w Poznaniu, wykładowca WS Uni-Terra. (fot. Tytus Grodzicki)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *